Subiektywna historia wrocławskiej Akademii Życia

Kategoria: Kronika Opublikowano: piątek, 05, maj 2017

 

Jacek Borowicz

 

Początki... tą opowieść muszę zacząć dawno temu, kiedy w jednym z niewielu PRL-owskich kolorowych tygodników przed moimi oczami, wówczas dzieciaka – nastolatka przewinął się cykl artykułów , w których osoba o nic nie mówiącym wówczas nazwisku – Lucyna Winnicka (no cóż… jakimś fanem polskiego kina podówczas nie byłem…) opisywała swoje podróże i osobliwe miejsca oraz  spotkania jakich doświadczała w ich trakcie. Z niejasnych przyczyn zapamiętałem  tekst chyba o fenomenie ludzi zginających łyżeczki siłą woli… parę ładnych lat potem reportaże Lucyny ukazały się w tomie "Podróż dookoła świętej krowy". Można powiedzieć z pewną dozą fantazji – jest to zestaw wskazówek dla badaczy pochodzenia Akademii Życia…

Drugi epizod jaki pamiętam musiał mieć miejsce  może na początku 80-tych. W jakimś przypadkowo oglądanym programie telewizyjnym zobaczyłem gromadę ludzi , którzy leżąc na podłodze oddychali głośno i generalnie zachowywali się dziwnie  wydając z siebie nieartykułowane dźwięki... Nazwa rebirthing nic kompletnie mi wtedy nie mówiła…potem pokazano rozmowę z kimś , nie pamiętam, być może z Lucyną gdzie mowa była o oddechu, rozwoju, emocjach. Jak dziś pamiętam swoje rozdrażnienie i irytację z jaką oglądałem ten program…moje własne życie wtedy nie było łatwe, a już temat emocji i ich wyrażania w szczególności…Kolejna odsłona miała miejsce - nie wiem - w 1985 lub 1986 roku? Był to czas kiedy moje zainteresowania psychoterapią  i rozmaitymi praktykami rozwojowymi nabierało rozpędu. Zetknąłem się wówczas z rebirthingiem i rozmaitymi postaciami z wrocławskiego środowiska ludzi parających się wówczas ta metodą . Na jednym z warsztatów rebirthingowych poznałem Ewę Jaworską. Powiedziała mi wtedy, że jednym z motywów jej udziału w tym akurat warsztacie było to, że była na czymś podobnym w Warszawie… właśnie w miejscu o nazwie Akademii Życia... Parę miesięcy później trafiliśmy tam razem. Pamiętam tzw. otwarty wtorek, jakiś osiedlowy dom kultury,  tłum ludzi, do Lucyny dopchać się nie dało, w piwnicy rebirthing, obok joga , gdzie indziej jeszcze co innego…Potem udział w weekendowym „maratonie” a podczas niego własne głębokie przeżycia ( swoją drogą po wielu , wielu latach zdarzało mi się spotykać przy okazji rozmaitych innych zajęć i kursów osoby, z którymi wtedy braliśmy udział w zajęciach….). I w końcu po następnych miesiącach zaświtała nam w głowie idea – dlaczego to  my mamy jeździć do Warszawy? A  może niech Warszawa przyjedzie do nas? Była jakaś ostra zimo, początek 1986 chyba roku a my we dwoje szamoczemy się ze strupieszałym automatem telefonicznym do którego wrzucało się ówczesne monety 20-złotowe…Dzwonimy do Lucyny, która zdumiona, nie bardzo kojarząc z kim rozmawia,  hamuje nasz neoficki  zapał…no ale tego nie dało się zatrzymać. Kolejne miesiące mijały - okazało się , że jest jeszcze parę osób ,które były na zajęciach w Warszawie i mają podobna do naszej idee…Z niektórymi udało się złapać wspólna falę i tak popłynęliśmy…Kreatywności i zapałowi takich osób jak Ewa Jaworska (wówczas jak i ja poszukująca studentka, obecnie  w biznesie) , dr Maria Folta  (naukowiec z Politechniki Wrocławskiej, pedagog twórczości, w ostatnich latach zaangażowana w kształcenie mediatorów), dr Krzysztof Jezierski ( wówczas również naukowiec z Politechniki - obecnie bodajże bankowiec, z którym także wydawaliśmy efemeryczne czasopismo „Teraz i Tu” oraz - pod marką Mantra – cykl kaset magnetofonowych z opracowanymi przeze mnie sesjami relaksacyjnymi ) zawdzięczaliśmy w późniejszym okresie: kontakty z „centralą” w Warszawie (ale także innymi ośrodkami Akademii w Polsce (…a było ich przecież wtedy kilka – min. w  Krakowie i Gdańsku ), możliwość zapraszania „wielkich” nazwisk z Lucyną Winnicką czy Zuzanną Celmer na czele, zorganizowanie stałej „bazy” we Wrocławiu, stałe wzbogacanie merytorycznej strony naszej oferty.

 

Początek naszych działań we Wrocławiu to były po prostu odbywające się co kilka miesięcy tzw. „maratony” weekendowe. Urządzaliśmy je w salach wrocławskich akademików  - w Urszulce, Kaktusie zapraszając do ich prowadzenia naszych „warszawskich” guru. Powoli dojrzewaliśmy do myśli o własnej „siedzibie”…Po długich poszukiwaniach (zwiedziliśmy kilkanaście (!!!) z działających wtedy we Wrocławiu domów kultury  - dziś ostały się chyba 2 czy 3… ) ostatecznie  - dzięki Marii Folcie - trafiliśmy do Dzielnicowego Domu Kultury Agory, położonego na pl. Piłsudskiego, w urokliwej wrocławskiej dzielnicy Karłowice…

 

Lata 90 - te XX w. (ciągle mnie to niezmiernie bawi... to było w ubiegłym wieku)

 

W tym okresie wrocławska Akademia Życia kwaterowała w tzw. Dzielnicowym Domu Kultury Agora przemianowanym potem na Centrum Kultury Agora położonym we wrocławskiej dzielnicy Karłowice. Zapuściliśmy tam korzenie na grubo ponad 10 lat przechodząc wraz z cała tą placówką zmienne koleje losu, przeżywając kolejne zmiany dyrektorów, redukcje personelu, środków finansowych oraz systematyczne , coroczne  groźby likwidacji całej  instytucji . Cieszyliśmy się raz większym , raz mniejszym uznaniem i opieką kolejnych „derekcji” działając w dość osobliwej formule „sekcji” czy też „kółka zainteresowań” wpisanego nawet przez dłuższy czas do oficjalnego programu działań domu kultury. Dawało nam to sporo swobody programowej , ograniczało też – przynajmniej do pewnego czasu presję na finansową stronę prowadzenia działalności tak , że przez wiele lat unikaliśmy wpływu naszego nowo narodzonego kapitalizmu utrzymując sporą część naszej działalności na zasadach społecznych. Oczywiście każda kolejna dyrekcja, niezależnie od poziomu swego zaangażowania we wsparcie naszej działalności chętnie wykazywała nas w swoich sprawozdaniach i materiałach promocyjnych…

 

Zakres naszej aktywności zmieniał się na przestrzeni lat. Niemalże „klasyczną” formą jaka był utrzymywana przez te wszystkie lata były tzw.  „otwarte spotkania” -  najpierw we wtorki, potem w środy. Ich program obejmował zarówno intensywne tematyczne warsztaty psycho - edukacyjne - jak i mało ustrukturalizowane spotkania nakierowane na zapewnienie jednostkom wsparcia , zakorzenienia w grupie ludzi oferujących sobie zainteresowanie i czas. Były więc np. cykle spotkań  organizowane wg. wskazówek zawartych w popularnych niegdyś książkach – np. M.Graya, Deepaka Chopry,  poznawaliśmy analizę transakcyjną, ćwiczyliśmy techniki programowania neurolingwistycznego, posiłkowaliśmy się programami 12-kroków ( np. EA). Stałym elementem spotkań otwartych była relaksacja i medytacja. Ale to co chyba było zawsze najistotniejsze – to było po prostu spotkanie i rozmowa…Zawsze , niezmiennie i do tej pory zadziwia mnie jak prosta struktura działania – „A teraz dobierzcie się w pary i porozmawiajcie przez 2 minuty o…”  doprowadza po kilku rundach rozmów do pełnego zaufania otwarcia uczestników warsztatów. 

 

Przez lata spotkanie te były otwarte w sensie braku wymogów uczestnictwa – nie było zapisów, listy obecności – ale też finansowym, jako że dość długo udawało się uniknąć pobieranie opłat. Spotykaliśmy się czasem we dwie - czasem w dziesięć  a czasem dwadzieścia osób. Niekiedy „uciekliśmy” z zajęć udając się na kawę lub piwo do pobliskiej knajpki -  niekiedy zaś  siedzieliśmy dłużej od przepisowych dwóch godzin rozmawiając i dzieląc się swoimi uczuciami. Do zbioru  naszych wewnętrznych  anegdot przeszły opowieści o człowieku, który mając na wrocławskim Dworcu Głównym przesiadkę przeczytawszy w gazecie informację o nas przebył nieznane sobie miasto docierają na nasze otwarte spotkanie – czy też liczne  historie o ludziach , którzy powracali na nasze spotkania po latach przerwy – z pewnością, że w środę o godzinie 18.00 w sali 23 „Agory” będziemy tam siedzieć w kręgu wokół świecy…

 

Inną formą aktywności były podówczas dodatkowe warsztaty tematyczne ( np. Laboratorium Afirmacji czy wykłady i warsztaty poświęcone  tematyce hatha jogi ) czy cykle wykładów odbywające w inne dni tygodnia  a zwłaszcza intensywne tematyczne warsztaty  weekendowe (tzw. maratony) zazwyczaj powiązane z sesjami oddechowymi (rebirthing). Na początku lat 90-tych sierpniowym wyjazdem do Brunowa koło Lwówka Śląskiego  zainicjowaliśmy także tradycję naszych psychoedukacyjnych warsztatów wakacyjnych kontynuowaną z powiedzeniem do dzisiaj. Kronika wakacyjna znajduje się także na naszej stronie www.akademiazyca.pl. 

  

XXI wiek…

 

…już w okresie lat 90-tych zaznaczyły się istotne zmiany na „rynku” wszelkich ruchów samopomocowych i psychoeduakcyjnych. Powstawały kolejne , mniej czy bardziej wyspecjalizowane grupy, ośrodki ,czy wręcz firmy (żeby nie rzec supermarkety…) trudniące się sprzedażą duchowości. Ludzie kształcili się, zdobywali kwalifikacje , powstawało naturalne napięcie między potrzebą działania wolontaryjnego, społecznego a profesjonalizacją działalności także w tej szczególne sferze. Akademia wrocławska stojąc niejako okrakiem  zmagała się długo z tym dylematem, w sumie nie znalazła w pełni zadowalającej wszystkich potencjalnie zainteresowanych  formuły. Innym specyficznym czynnikiem , który także zaznaczył się w Akademii Życia w momencie jej największego rozkwitu na początku lat 90-tych ( a potem możliwy było do zaobserwowania w przypadku innych tego typu ośrodków i grup w Polsce) były przypadki rywalizacji poszczególnych „osobowości” i grup kończące się udowadnianiem sobie nawzajem, kto  reprezentuje ten jedyny prawdziwy rebirthing, jedyne autentyczne reiki, jedynie słuszną linię nauczania NLP, kto jest większym guru od kogo itd.itp.